piątek, 25 grudnia 2015

Rozdział Szósty

Następne rozdziały, będą rozgrywały się we wybranych przeze mnie powieściach. Postaram się stanowczo nie nawiązywać do fabuły książek i nieco  zmienić biegi wydarzeń, gdyż mają się tylko skupiać na obecnych bohaterach. Jeżeli komuś to przeszkadza, to z góry przepraszam.


***Jake***

Znów zaczęła boleć mnie głowa. Otworzyłem oczy i podniosłem się, nie podnosząc głowy, zrobiłem to chwile potem. Miejsce w którym byłem, nie przypominało Biblioteki, tylko jakiś dom. Łóżko wyglądało na bardzo wygodne.
- Gdzie my jesteśmy? - spytała Cassandra, która cały czas leżała na podłodze.
- Nie mam pojęcia.
Kobieta wstała i otworzyła drzwi. Znajdował się tam duży korytarz, połączony z pięknym salonem. Udaliśmy się schodami do góry i na pierwszy rzut oka, zwróciliśmy uwagę, na drzwi z napisem "Zakaz wstępu nieupoważnionym". Próbowałem je otworzyć, lecz się nie dało. A niech to!
- Jake, tu jest otwarte.
Podszedłem do Cassandry, która otworzyła drzwi i nagle, zobaczyliśmy światło w lustrze, a na podłodze, widzieliśmy nikogo innego jak:
- Baird! Ezekiel! - krzyknęła z radością Cassie, która od razu podeszła ich przytulić - Tak się cieszę, że wróciliśmy do domu!
- To nie jest Biblioteka. - Baird wyglądała na zwiedzoną.
- Tak, ale najważniejsze, że jesteśmy niedaleko.
- Kim wy jesteście? - usłyszeliśmy żeński głos.
Odwróciłem się za głosem i ujrzeliśmy niewysoką brunetkę, którą najwyraźniej była wściekła. Podszedłem do niej i próbowałem się jakoś wytłumaczyć. Nie powiem jej, że wyskoczyliśmy z lustra. Uzna nas za idiotów.
- Przepraszam, że tak wtargnęliśmy. Dostaliśmy wiadomość, że Taylor Swift potrzebuje pomocy, a od tego my jesteśmy.
- Tutaj nie ma żadnej Swift. Możesz nie kłamać i powiedzieć kim naprawdę jesteś? Zaraz wezwę Taylor'a.
- Czyli jest jednak Taylor. - dodał Ezekiel.
Kobieta spiorunowała go wzrokiem.
- Em.. Jesteśmy Bibliotekarzami.
- Tak jasne, a ja Marią Antoniną. - splotła ręce na swojej piersi.
- A ty kim jesteś? - pułkownik również tak samo zrobiła co kobieta.
- Ana. Anastasia Stelle.
- Co takiego?! - wydarła się Cassandra, będąca cała zszokowana i za razem radosna - Christian też tutaj jest?!
- Nie ma go teraz. Lepiej będzie, jeżeli się wymkniecie przed jego powrotem.
Tak więc zrobiliśmy. Weszliśmy do winndy i zjechaliśmy na dół. Wyszliśmy z budynku i szliśmy przed siebie.
- Dlaczego zrobiłaś taką dziwną minę na słowo "Christian"? Znasz go?
- Jeszcze nie załapaliście? Nie jesteśmy w naszym świecie. To znaczy, jesteśmy ale nie tym co powinniśmy, tylko w literackim. - patrzeliśmy na nią, jak na wariatkę - Czy nic wam nie mówi jej nazwisko, Anastasia Stelle?
- Momencik... - zaczęła Baird, zastanawiając się - Jak z Flynn'em lecieliśmy do Egiptu samolotem, to pewna nastolatka trzymała jakąś książkę, gdzie akurat był list zaadresowany do Stelle.
- Dokładnie.
- Chyba już wiem do czego dochodzisz, Cassie. - spojrzałem się na nią zdziwiony - Jesteśmy w książce "Pięćdziesiąt Twarzy Grey'a".
- Zaraz, gdzie? W tej książce, co główny bohater bije pejczami i innymi badziewiami bohaterkę?
- Tak, Eve... Baird. - weszliśmy do jakieś kawiarni i usiedliśmy przy oknie.
Strażniczka wzięła głęboki wdech, po czym podszedł kelner i złożyliśmy swoje zamówienie.
- Okej, możecie do mnie już mówić po imieniu. - uśmiechnęła się sztucznie.
- Przecież... nie lubisz jak cię tak nazywamy.
- Wiem, ale znamy się już bardzo długo i czas najwyższy to zmienić.
- To Eve, co robiliście za nim pojawiliście się tutaj, gdzie my? - spytałem.
Kelner przyniósł nasze zamówienia. Moment. Nie zamawiałem hamburgera wegetariańskiego.
- Przepraszam! - podniosłem rękę, by zwrócić uwagę kelnera - To nie jest moje zamówienie!
- Pomyliłem talerze. Zaraz przyniosę właściwe zamówienie. - podszedł i chwycił talerz.
- Ezekiel powiedział nam że zniknęliście i próbowaliśmy was odnaleźć. Weszliśmy również przez lustro w trójkę, ale znaleźliśmy się w jakimś dziwnym miejscu, po czym weszliśmy do domu panny Devil, która była zamieszana w kradzież psów.
-W trójkę? - zdziwiła się Cassandra.
- Tak. Ja, on i Flynn.
- Gdzie on właściwie jest? Nie wyskoczył z wami z lustra.
- Tam też go z nami nie było. Sama chciałabym wiedzieć. - widziałem łezkę w oku Eve.
Kelner przyniósł teraz właściwe zamówienie, przy czym mnie za swój błąd przeprosił. Nagle, zamarzywszy, że na talerzu, jest jakaś koperta. Napisane na niej było tylko "Bibliotekarze".
Spojrzałem na resztę, po czym chwyciłem ja i otworzyłem .

Bibliotekarze,
 Pewnie zastanawiacie się, dlaczego znaleźliście się w książce. Otóż w tym liście, zamierzam wam to wyjaśnić. Parę miesięcy temu, zostały skradzione bardzo cenne, a tym bardziej, nigdy nie ujawnione przedmioty. Nikt o nich nie wie, ponieważ nikt nie ma pojęcia, że te rzeczy są bardzo cenne. Niestety, ktoś rzucił czar i wszystkie artefakty, zostały po rozrzucane po wybranych książkach. Jestem przekonany, że uda  wam się je odnaleźć i sprowadzić z powrotem do Biblioteki, a tym bardziej do mnie. Będę niezmiernie wam wdzięczy.
Z pozdrowieniami,
Anonim.

Po przeczytaniu, podałem list reszcie.  Kto to dokładnie napisał? Znamy tą osobę?
- Mam rozumieć, że w tej akurat książce, jest Artefakt? - spytała zdziwiona Casandra.
- Na to wygląda. Musimy obadać te miejsce. Musimy znów połączyć swoje siły i działać razem. Tak jak za dawnych czasów. - na te słowa, Eve była uśmiechnięta.
Wyłożyliśmy swoje ręce i podnieśliśmy do góry. Fajnie znów działać zespołowo. Zjedliśmy dania, przy czym się wyłupywaliśmy, wspominając dawną naszą współpracę i wyszliśmy szukać jakiś poszlak.

***Eve***
Akurat zaczął padać deszcz, a my nie mieliśmy żadnych parasolów. Pięknie. 
- Cassandra? - zaczął Jacob, a Cassandra się na niego spojrzała - Jakim cudem wiedziałaś, gdzie jestem?
- Znalazłam z Kahlan dom, który był zarazem bardzo dziwny, potem znaleźliśmy se na zewnątrz, niedaleko wodospadu.
- Przy wodospadzie? Tam cały czas było przejście? - chyba Jake się lekko zmarszczył - A niech to! Inaczej sam bym uciekł.
Zaśmiałam się dosyć głośno, ale wiem, że teraz jedno z nich wbija we mnie wzrok. Szliśmy przed siebie. Dokładnie, to nie wiedziałam, czy dokądś zmierzamy.
- Poprzednio też byliśmy w książce - powiedziała Cassandra,
- Dla mnie, to była mieszanka wszystkiego. - dodał Jacob.
- Dokładnie czego? - dopytywałam.
- Kahlan i Richard pochodzą z "Miecza Prawdy" - Cassie była cała podekscytowana, ale nie wiedziałam dokładnie dlaczego.
Przechodziliśmy obok wysokich budynków. Jeden zwrócił naszą szczególną uwagę. Grey Enterprises Holdings Inc.Spojrzałam na Bibliotekarzy.
- Słuchajcie, musimy tam wejść i porozmawiać ze słynnym Grey'em. - rzekłam do nich.
- A jak zamierzasz to zrobić? Będziesz udawała Anastasię?
Spojrzałam na nią jak na wariatkę.
- Nie. W sumie, nie wiem jaki wymyślić powód, aby tam wejść. - jeszcze raz spojrzałam na budynek.
Musiałam mieć jakiś dobry powód, aby mnie nie spławił. Chyba zrobię tak jak mówiła Cassandra. Musze wejść, jako dziennikarka, która chce przeprowadzić wywiad do.... jakieś tam gazety.
- Przeprowadzimy z nim wywiad. - oznajmiłam po chwili.
- Czyli, tak samo jak Ansstasia. - Cassie chyba byłą zachwycona.
- Tak, lecz my przeprowadzimy nieco inny wywiad. - reszta spojrzała na mnie pytająco - Przeprowadzimy z nim wywiad, jak detektywi.
- Nie jesteśmy detektywami. - wtrącił się Jacob.
- Wiem. Jestem przekonana, że tak na pewno nas będzie chciał widzieć. Musicie dobrze odegrać swoje role. Wszystko notujcie, co powie.
Poprawiliśmy swoje ubrania i wyjęłam dla każdego po notesie i długopisie. Weszliśmy do budynku. Przykuła mnie uwaga, że wszystkie tutaj kobiety, były blondynkami. Jest maniakiem blondynek? Podeszliśmy do recepcji i przedstawiłam się jako detektyw.
- Czy pan Gray jest coś zamieszany, że chciałaby się pani z nim zobaczyć? - spytała recepcjonistka.
- Mamy do niego parę pytań, ale nie musi się niczym martwić. To takie badawcze pytania.
- Badawcze?
Kiwnęłam głową. Kobieta podniosła słuchawkę i widocznie dzwoniła do niego. Po nie całej chwili, oznajmiła, że mamy się udać na górę za asystentką. Tak zrobiliśmy. Wjechaliśmy chyba na ostatnie piętro. Tak mi się zdaje. Stanęliśmy przed gabinetem. Widziałam po Bibliotekarzach, że się denerwowali. Nic dziwnego, ja też, mimo, że to tylko postać fikcyjna.
- Pan Grey prosi, aby państwo weszli do środka. - powiedziała z uśmiechem kobieta, po czym odeszła.
Weszliśmy i Grey siedział na swoim fotelu ze zaplecionymi wyłącznie palcami. Wstał i podszedł do nas.
- Witam. Jestem Christian Grey - podał swoją dłoń, którą chwyciłam - Zrobiłem coś nie zgodnego z prawem?
- Nie. Chcemy tylko zadać parę pytań, ale nie będą tyczyły one pana osoby. - powiedziałam, cały czas się uśmiechając - Czy możemy usiąść?
Grey wskazał tylko na dwa wolne fotele na przeciw jego samego. Usiadłam z Cassie, a panowie stali za nami. Postawiłam na kolanach notatnik , a długopis cały czas trzymałam już przygotowany do pisania.
- Więc.... Chciałabym się dowiedzieć, czy były u pana jakieś kradzieże.
- Sądzi pani, że zostałem okradziony? - zdziwił się.
- Oczywiście, że nie. - lekko się zaśmiałam, lecz od razu spoważniałam - Czy rzuciło się panu coś nietypowego. Na przykład coś, czego na pewno nie należy do pana.
- Jestem przekonany, że wszystko co jest w moim apartamencie, należy do mnie. Nawet Ana.
- Mówi pan o Anastasji Stelle? - wtrącił się Ezekiel.
Grey kiwnął głową. Teraz nie wiedziałam, o co zapytać. Nie mogę się przecież zdradzić, że chodzi o magiczny artefakt.
- Jest pan czarujący... - zapomniała się Cassandra - To znaczy, ma pan bardzo eleganckie biuro. - poprawiła się.
Po chwili, mężczyzna dziwnie się zaczął patrzeć. Czy coś go zdziwiło?
- Wszystko z panią w porządku? Leci pani krew z nosa.
Spojrzałam na kobietę i faktycznie, krew leciała jej ciurkiem. Grey wyjął z kieszeni chusteczkę i podał Cassandrze. Chyba spaliła się ze wstydu.
- Powinniście udać się do lekarza. Jest niedaleko mojego biura. Podam państwu adres. - zapisał coś na kartce.
Chwyciłam ją i wyszliśmy z jego gabinetu, wprost do windy. Oczywiście się z nim pożegnaliśmy.
- Przepraszam. Nie planowałam tego. - poleciały łzy Cassie.
- To nie twoja wina. - powiedziałam, po czym od razy wyszliśmy.
Na dworze zrobiło się parno. Mam nadzieję, że nie będzie znowu padać.
- Nie zgadniecie co mam. - powiedziała pełen radości Ezekiel.
- Co takiego? - spytał  Jacob.
Mężczyzna wyjął z kieszeni pewien klucz. Było na nim napisane "Pokój Zabaw".
- To jest ten klucz.  - prawie krzyknęła Cassie - Jeden pokój w jego apartamencie jest zamknięty. Chyba ten klucz jest do tych drzwi.
- Możemy pójść to sprawdzić.
Zatrzymałam jedną z taksówek, po czym wsiedliśmy i poprosiłam, aby zawiózł nas w odpowiednie miejsce.

środa, 23 grudnia 2015

Rozdział Piąty

*** Cassandra ***

- Może trochę odpoczniemy? Nogi mnie już bolą. - mamrotała Kahlan.
W zasadzie, mogłyśmy odpocząć. Niedaleko nas, znajdowała się jakaś chatka. Zapukałam, ale nikt się nie odzywał, ani nie otwierał drzwi. Weszłyśmy do środka. Pomieszczenia były puste. Zero mebli, zero ludzi.
- Czy ktoś tutaj mieszkał? - spytała kobieta.
- Nie mam pojęcia.
Nagle, zabolała mnie głowa. Po chwili, zobaczyłam liczby. Liczyłam.  Nie wierzyłam własnemu umysłowi.
- Jesteśmy w atrapie.
- Co takiego? - zdziwiła się.
- Prawdziwe mieszkanie jest dokładnie pod nami. Musimy się tam jakoś dostać.
- Tam jest Richard?
- Tego nie wiem.
Szukałyśmy jakieś wolnej przestrzeni, gdzie możemy się dostać do przejście.  Kobieta macała ścianę. Nagle, jeden z kamieni, wcisnął się do środka i obok reszta kamieni rozeszła się i powstało przejście. Weszłyśmy. Znajdowały się tam schody, które prowadziły gdzieś na dół. Na dole, były kolejne drzwi, ale już był potrzebny jakiś klucz. Kahlan zamknęła oczy i i wyciągnęła rękę w stronę zamka i pojawiło się jakieś białe światło. Po chwili, drzwi były już otwarte. Wow! Popchnęłam je i tu znajdowały się umeblowane pomieszczenia, lecz nadal nikogo w nim nie było. Jedna półka zwróciła moją uwagę. Nie była taka sama, jak poprzednie. Albo ktoś ją specjalnie położył po ukosie, lub coś się za tym kryje. Musiałam to zbadać. Wyjęłam półkę i pukałam w cienką warstwę szafki. Słyszałam bardzo wyraźne echo.
- Tam jest przejście - powiedziałam, spoglądając na Kahlan.
- Zamierzasz rozwalić szafkę by się tam dostać, prawda? - spytała nie pewnym głosem.
- Nie mam innego wyjścia. Jeżeli chcemy dowiedzieć się co tam jest i ich uwolnić to tak.
Kobieta podeszła do mnie i swoimi mocami lekko przesunęła tekturę. Tak! Zeszłyśmy kolejnymi schodami na dół i na samym dole, trafiłyśmy na pustą ścianę. Tak, jakby ktoś nie chciał, abyśmy się tam dostały. Magia? Nie miałam zbytnio innego wyjścia, więc chwyciłam jakiś ciężki przedmiot obok i rzuciłam nim o ścianę. Nic.
- Nie dostaniemy się tam.
- Musimy. Jestem przekonana....
- Że tam oni są? - dokończyła za mnie - Cassandro, coś mi się wydaje, że tam po prostu nic nie ma.
Nie miałam zamiaru jej słuchać. Rozwaliłam nogą kawałek ściany i kawałek się oddaliłam. Szybkim biegiem, walnęłam się z kawałkiem ściany o ten mur. Po chwili, zaczął się rozsypywać na malutkie kamyki. Nagle, światło zaślepiało mnie. spojrzałam na kobietę obok i szłyśmy w jego kierunku. Wyszłyśmy na powierzchnię. Las. Czyżby znalazłyśmy się w punkcie wyjścia?
- Dlaczego jeszcze nikt nas nie zaczął szukać. - usłyszałam znajomy głos, głos Jackob'a.
Szeroko się uśmiechnęłam. Szybko pobiegłyśmy w stronę głosu i znalazłyśmy ich obojga.
- Kahlan. - zaczął mężczyzna.
- Richard. - kobieta wolnym krokiem podeszła do niego, objęła wokół szyi i delikatnie, lecz również namiętnie pocałowała.
- Cassandra? Już traciłem nadzieję, że ktoś się zjawi.
Zamiast coś powiedzieć, podeszłam do niego i zaczęłam namiętnie całować. Po chwili dopiero zorientowałam się co robię i szybko odsunęłam swoją twarz.
- Za co to, Cassie? - uśmiechał się Jake.
- Przepraszam - speszyłam się - Nie wiem, co we mnie wstąpiło.
Mężczyzna chwycił mnie za rękę.
- Nie musisz za nic przepraszać. - uśmiech nie znikał z twarzy.
Chwile później, obok nas, pojawiło się lustro, tak znikąd i zaczął dziwnie świecić.
- Dziękuję ci Cassandro, za odnalezienie mojego męża. - Kahlan, podeszła do mnie i przytuliła w podzięce.
- Nie ma za co. - również posłałam kobiecie uśmiech,
- Musimy chyba wskoczyć do tego lustra. Może wrócimy już do Biblioteki.
Podeszłam do Jake'a i oboje, chwytając się za dłonie, wskoczyliśmy do lustra.


***Ezekiel***

Siedziałem sam w salonie. Gdzie się podziała Baird? Powinna już tutaj być. 
- Twoja mama już wróciła że słoikiem? - spytała Devil. 
- Jeszcze nie. 
Kobieta z lekkim uśmiechem, udała się na górę. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że ona porwała psy. Jakby tak było, to by ich nie  przetrzymywała, tylko udała, że są one jej. Pieski biegają po po całym mieszkaniu. Nagle, usłyszałem jakieś pukanie i wołanie. Nie mogłem zrozumieć słów. Poszedłem to sprawdzić. Hałas dobiegał z piwnicy.
- Baird?
-Ezekiel. Ta kobieta mnie tutaj zamknęła! Musisz mnie jakoś stąd wydostać! - powiedziała, było słychać przerażenie.
Nie chce mi się wierzyć,by ona kłamała. Na pewno to nie jest kłamstwo! Załęczem się rozglądać po korytarzu, czy niema czegoś do otwarcie drzwi. Klucza nie było. Gdybym tylko znalazł jakaś pincetę, to się uda.
- Coś zgubiłeś? - spojrzałem na Devil.
- Nie. Zastanawia mnie tylko, dlaczego zamknęłaś mamę w piwnicy. - dlaczego nadal gram w tą grę?
- Nie udawaj, że jest twoją matką! Nigdy nią nie była! - rozgryzła mnie. Nas.
Spojrzałem na chwilę jeszcze na nią i zacząłem biec w przeciwnym kierunku. Ona chyba za mną. Po chwil, do moich uszu dobiegł dźwięk szczekania. Te psy faktycznie tu są! Dobiegały one z górnej klapy. Otwarłem ją i psy wyskoczyły wprost na mnie, co moje ciało zagwarantowało im miękkie lądowanie. Wspaniale. Szybko wykręciłem numer policji i powiedziałem, gdzie znajdują się zaginione psy. Powiedzieli, że przybędą w piętnaście minut.
- Coś ty najlepszego zrobił?! - wydarła się.
Znalazłem pincetę i igłę. Musiałem się teraz dostać do drzwi piwnicy, by uwolnić strażniczkę. Tak więc uczyniłem.
- Odsuń się, Ezekiel!
Baird stanęła twarzą w twarz z Devil. Przez dłuższą chwile, spoglądałem na nie. Szkoda, że nie znalazłem popcornu, fajny widok, jak w kinie. Zła kobieta wyjęła jakiś kij z kieszeni i powolnym ruchem, szła w stronę strażniczki. Ona wyjęła pistolet i płożyła na ziemie. Zdurniała?
- I co zamierzasz mi zrobić tym kawałkiem patyka? - Baird zaplotła ręce wokół klatki piersiowej.
- Zobaczysz, kochana.
-Nie nazywaj mnie tak!
Podniosła swoje pistolety i skierowała je w stronę kobiety. Tylko się zaśmiała.
- Gadaj, gdzie schowałaś psy, albo cię zastrzelę! Nie tkniesz Bibliotekarza!
- Bibliotekarza? Nie wierzę w takie bajki! - znów zaczęła się śmiać - Po za tym, ten twój głupek uwolnił MOJE psy i biegają gdzie po całym domu. - dodała.
Lada moment, ktoś rozwalił drzwi.
- Policja, nie ruszać się!  - wydarli się, dwóch z nich chwyciło Devil, po czym położyli ją na podłogę.
Chyba nam się udało. Zakuli ją w kajdanki i wyprowadzili. Do środka wszedł właściciel psów i komendant.
- Jesteśmy bardzo wdzięczni za odnalezienie psów. Oto wasza nagroda. - wyjął z wielkiej walizki dużą sumę pieniędzy.
- Nie dziękuję, panu. - powiedziała Baird. Oszalała?! - Taką mamy pracę. Pomagamy innym.
Komisarz podął rękę strażniczce i wyszedł. Nagle, przed nami, pojawiło się duże lustro, które zaczęło świecić. Było strasznie podobne, do tego, przez które się tutaj dostaliśmy. Może to nasz wielki powrót do domu?
- Nie odnaleźliśmy Flynn'a. - zesmutniała Baird.
- Jestem przekonany, że znajduje się  już w Bibliotece. - dodałem jej otuchy.
Z uśmiechami na twarzy, weszliśmy do lustra.

poniedziałek, 14 września 2015

Rozdział Czwarty

*** Jake ***

Auć! Ledwo co czułem swoje plecy. Strasznie bolały. A momencik... Gdzie jako diabła jestem? Co pamiętam, to znajdowałem się w zamku Camelot. Podniosłem się z ziemi i rozejrzałem się dokładnie. Miałem wrażenie, jakbym znajdował się w tym samym miejscu, jak przybyłem tutaj z Cassandrą. 
- Znowu cię widzę? - powiedział ten dziwny Dzwoneczek, przylatując.
- Jakimś cudem znalazłem się tutaj, prosto ze Zamku. Tylko na moment zatknąłem oczy i już otworzyłem je tutaj. - nadal bolała mnie głowa.
- Dziwne. Pierwszy raz się z takim czymś spotykam. A nie czasem uchlałeś się i po prostu obudziłeś, po czym ktoś wywiózł cię do lasu?
Zrobiłem oczy jak pięcio dolarówki na motyla. Mam dziwne wrażenie, że ona woli usłyszeć to co chce, a nie jak jest.
- Na pewno nie. Nie... kojarzę by ktoś mnie wsadzał do wozu, a tym bardziej pił jakikolwiek alkohol. Mogłabyś mi pomóc się dostać do Zamku, tak samo jak wtedy?
- A chcesz iść pięć dni? - znów zrobiłem szerokie oczy.
Pięć dni?! Zwariowała?! Teraz zacząłem sobie uświadamiać, że jestem daleko od Camelotu. Daleko od Cassandry. Cholera! Po chwili, Dzwoneczek odleciał i zostawił mnie samego w tej puszczy. Pięknie! Teraz to na pewno zamiast iść pięć dni, będę szedł 365 dni. Do moich uszu, dobiegł głos jakiegoś strumienia. Tutaj gdzieś musi znajdować się woda. Szedłem  za głosem. Nie myliłem się! Nie było to oczywiście jezioro, aczkolwiek rzeka. Woda na pewno musi być pyszna. Z rąk utworzyłem łódkę i nabrałem odrobinę wody i napiłem się, po czym ją wyplułem. Słonawa. Szkoda, że komórka siadła, ale pewnie i tak nie miałbym tutaj zasięgu. Nadal dręczy mnie pytanie, dlaczego Król Artur był zdziwiony, jak zapytałem o kontakt do naładowania telefonu. Jakby nie wiedział, że takie sprzęty istnieją. Nagle, usłyszałem łamiącą się gałąź. Z byt głośną, jak na zwierzę. Uszykowałem się w pozycję bojową.
- Kim ty jesteś? - spytał mężczyzna, wyłaniając się zza krzaków.
- Jakob. Znajdowałem się w Camelocie, aż nagle.....
- ... obudziłeś się na samym środku lasu, gdzie są same drzewa, zieleń i ta ohydna rzeka. - dokończył - Jestem Richard. Miałem to samo co ty. Próbuję do dzisiaj rozwikłać, jak się tutaj znalazłem i jak wydostać się stąd. Muszę zobaczyć się ze swoją Spowiedniczką.
Ok? Nie wiedziałem co powiedzieć. Podszedłem do mężczyzny i usiadłem obok niego, gdyż on był nieco zajęty kamieniem i kawałkiem drewna. 
- Długo tutaj już jesteś? - musiałem to wiedzieć.
- Richard spojrzał się na chwilę na mnie, po czy, rzucił kamieniem gdzieś w trawę, a kawałek tego drewna wziął do ust. Ohyda.
- Dziesięć dni. Dziesięć i pól dnia dokładnie mówiąc.
O ja cie! Strasznie długo tu już jest!
- Nie widziałeś jak ktoś przejeżdżał koło ciebie? Mógłbyś wtedy uciec.
- Nie. tylko wóz z tobą, a po za tym nikt. Pewnie pomyślisz, że jestem głupcem, nie wskakując na wóz. Nie dałbym rady. Nawet się by nie zatrzymał. Słyszałem jak cały czas jest na chodzie.
- W ogóle byś nie dał rady?
Kiwnął głową na tak. Zauważyłem, że zaczyna się już ściemniać. Oby Cassandra zdążyła mnie odnaleźć za nim zrobi się zupełne ciemno.


*** Eve ***

- Pobudka moi niewolnicy! - usłyszałam kobiecy głos.
Nie był to zwykły lecz z taką złością. Podniosłam głowę i odwróciłam napięcie. Zobaczyłam przed drzwiami tą dziwną Devil. Jej mina nie wyglądała na przyjazną.
- Żartowałam. - zaśmiała się, lecz dla mnie to nie był żart - Chodźcie na śniadanie. Zrobiłam pyszną jajecznicę. - zamknęła drzwi.
Czułam jak zaczynało mi serce walić. Próbowałam obudzić zaślinionego Ezekiel'a. Wyglądał jakby miał ostrą wściekliznę.
- Co jest, mamo? - otworzył oczy, lecz po chwili krzyknął - Baird?!
- Brawo, Synku. - powiedział ze zdziwioną miną, lecz odwracając się od chłopaka, uśmiechnęłam się.
Miałam ochotę pisnąć śmiechem, lecz musiałam trzymać dystans. Wyszliśmy z pomieszczenia, prosto do kuchni. Faktycznie stół był cały w talerzach, sztućcach, szklankach i oczywiście na samym środku wielki talerz z jajecznicą. Sądziłam odrobinę, że będzie już na naszych talerzach. Kobieta z odpowiednim gestem zaprosiła do stołu. Usiedliśmy, chwytając za sztućce.
- Dużo zjecie? - chwyciła łyżkę, aby nam nałożyć.
- Jestem strasznie głodny, więc chyba tak.- mam nadzieję, że mówił za siebie.
- Odrobinkę.
Devil nam nałożyła i zaczęliśmy jeść. Nawet jej wyszła. 
- Nie wierzę, że mieszkasz tu sama. - powiedziałam, rozglądając się po kuchni.
- Kiedyś miałam stado psów, ale zostały mi one odebrane. Źle się nimi zajmowałam, jak to stwierdzili.
- Nie możesz kupić nowego pupila?
- Miałam to w planach, lecz pasuje mi tu mieszkać samemu.
Wstałam od stołu i weszłam do salonu. Wczoraj nie miałam sił i czasu, aby się rozejrzeć. Chwilę później, moją uwagę przykuł pewny wycinek z gazety. Chwyciłam ją.
"Panna Cruella DeVill, jest poszukiwana za uprowadzenie psów państwa Smith. Właściciel tylko na chwilę wyszedł po gazetę, a gdy wrócił psów nie było. Dalmatyńczyk, Labrador i Chachuła. Jak ktoś widział, proszę o kontakt na podany poniżej numer...."
Mam rozumieć, że ta kobieta ukradła trzy psy? Byłam w szoku.
- Podoba ci się? - usłyszałam jej głos.
Szybko odłożyłam wycinek na miejsce i odwróciłam napięcie.
- Tak. Nie szukasz czasem współlokatorów? - skłamałam.
- Nie. Chcecie się prowadzić? - uśmiechnęła się.
- Chyba tak. Będę mogła zająć się spokojnie pracą a..... mój syn będzie mógł iść do normalnej szkoły. - również pościłam do kobiety uśmieszek.
- On jest twoim synem? Nie jesteście podobni.
- Adoptowałam.
Widziałam, że kobieta chciała się popłakać.
- Idziemy już? - spytał Ezekiel, wychodząc z kuchni.
- Zostaniemy jeszcze trochę, kotek. - poprosiłam aby podszedł do mnie, po czym  tak zrobił i objęłam - Postanowiłam, że tutaj zamieszkamy. Będę mogła pracować, a ty chodzić do szkoły. - pocałowałam go w głowę.
Chłopak był w szoku. Gdy patrzył na mnie, to mu mrugnęłam. Mam nadzieję, że załapał.
- Na pewno, mamo? Tu jest trochę strasznie.
- Nie będzie tak źle.
- Nie musicie mi nawet płacić za wynajem. - kobieta wróciła do kuchni.
Spojrzałam czy nie zamierza wracać, po czy puściłam Ezekiela'a.
- Co to było? - spytał.
Pokazałam mu wycinek z gazety.
- O cholera....
- Mam wrażenie, że te psy tutaj gdzieś są. Musisz mi pomóc je odnaleźć.
Chłopak kiwnął głową. Wróciliśmy do Devil. Ponownie objęłam Ezekiel'a.
- Może chcecie lody? Kupiłam wczoraj całe pudełko, ale sama ich nie zjem. - zaproponowała.
- Z miłą chęcią. Ezekiel je uwielbia. - spojrzałam na niego.
- Mniam! - krzyknął.
- Masz może jakiś pusty słoik? - spytałam, puszczając Ezekiel'a, po czym usiał na krześle.
- Mam. Na coś konkretnego?
- Robisz dla nas tyle dobrego, że postanowiłam tobie zrobić dżem jagodowy. Stamtąd gdzie pochodzę, to wszyscy sobie go chwalą.
- Mam w piwnicy. Od razu przy łazience jest. Weź sobie.
Z uśmiechem udałam się do piwnicy. Było ciemno. Na ścianie udało mi się wymacać przełącznik. Schodząc, schody trochę skrzypiały. Przez moment, miałam wrażenie, że się zerwą. Zaczęłam się rozglądać po półkach. Było tyle słoi, że nie wiedziałam który wsiąść. Nagle, zza swoich pleców, usłyszałam piszczenie. Z przerażeniem przybliżyłam się do szafki, przykładając ucho. Tam muszą być więzione te psy. O cholera! Musiałam się wziąć w garść i nadal grać. Wzięłam jakiś słoik i kierowałam się na górę.
- Głupia! - powiedziała Devil, po czym zatrzasnęła drzwi i zamknęła na klucz.
Pod biegłam do góry i pukałam w nie. Halo! Słyszy mnie ktoś??! Ezekiel?! A niech to!

poniedziałek, 9 marca 2015

Rozdział Trzeci

*** Cassandra ***

Po zapukaniu przez Jake'a drzwi, otworzył nam pewnien mężćzyzna. Był dosyć dziwnie ubrany. Jakbyśmy przenieśli się do jakieś starożytnej epoki.
- Czegoś wyscie chcą? - zapytał.
- Cześć. Chcielibyśmy po rozmawiać z właścicielem tego miasta. O ile można tak je nazwać. - powiedział Jake.
Mężczyzna gapił się na nas, jakby nie wierzył. Po chwili wpóścił nas. Bydynek w środku też był ogromny. Szliśmy schodami na górę, potem skręciliśmy w lewo, gdzie znajdował sie długi korytarz. Na ścianach wisiały obrazy. To chyba ten władca. Mężczyzna zapukał do pewnych drzwi i spytał czy my możemy tam wejść. Zgodził się. Dzwi się otworzyły. Od razu przywitał nas czerwony, długi dywan. Trochę sie czułąm jak jakaś wielka gwiazda filmowa. Spojrzałąm na Stone'a, po czym podeszlismy do siedzącej na przeciwko nas osoby.
- Ukłonić się pzed królem, przybysze. - rozkazłą nam żołnież. Zrobiliśmy tak - Co was sporwadza do Króla Artura, przybysze? - dodał.
Króla Artura? Przecież on nie żyje. Tak mi się wręcz wydawało, aż do teraz.
- Paniczu, chcielibyśmy się dowiedzieć czegoś na temat tego miasta. Chyba się trochę zgubiliśmy.
- Tutaj wszyscy raczą się gubić. Nic zwykłego. - odparł.
Chyba nie tak mnie zrozumiał. Spróbowałam jeszcze raz, lecz nieco inaczej.
- Paniczu, nazywamy się Cassandra i Jacob. Nie mamy się gdzie podziać. Czy był byś tak łąskaw i nas ugościł? - nie wiem czy dobrze to powiedziałam.
Król spojrzał na nas zastanawiając się.Wstał i kazał nam również, po czym udaliśmy sie za Królem. Szliśmy jeszcze jedno piętro wyżej. Na samym końcu korytarza, znajdowały sie znowu drzwi, które otworzył. 
- Tu was ugoszczę moi goście. Gdy będzie cie gotowi do dorgi, wyruszycie.
- Dziękujemy. - powiedział Jake, po czym oboje weszliśmy do srodka. Na moment odwrócił się w stronę Króla Artura - Gdzie tutaj podładuję telefon komórkowy? - wlanełąm się w czoło.
- Co to telefon komórkowy? - spytał ze zdziwioną miną.
- Mój znajomy bełkocze. Dziękujęmy za wszystko, Królu. - ukłoniłam się.
Król zamknał drzwi. Miałam przez moment wudrapać Stone'owi oczy za to co powiedział. Usiedliśmy na swoich łóżkach. Po chwili, usłyszałam szlochanie. Dokładnie przez ścianę, obok mojego łóżka. Postanowiłam to sprawdzić. Opuściłam Stone' i zapukałam do drzwi obok. 
-Kto tam? - odezwał się kobiecy głos.
Bylam w czasach Arturiańskich, wiec musiałam brzmieć jak w średniowieczu. 
-Przyjaciel. - odparłam. 
Kobieta chyba podeszła do drzwi, gdyż sięone ootworzyły. Jej wzrok był skupiony na mnie. Nie byłam ubrana tak jak ona,w długą, białą suknię. Nie była oczywiście ona ślubna. Kobieta wypuściła mnie do środka. 
- Co się stało, żesz wylewasz łzy? 
- Nie mogę odnaleźć swojego ukochanego. - znów płakała.
- Mogę tobie pomóc. - dotknęłam ją za dłoń. 
- To nie jest takie proste. - wstała - Wydaje mi się, że został specjalnie porwany. Chciałam mu powiedzieć o Cudzie, który we mnie rośnie, ale nie widziałam go już. Oh, Richard'ie.
Kobieta przeż dłuższy czas wpatrywała się w krajobraz za oknem. Sama zieleń, woda, drzewa i kwiaty. Muszę jeszcze cegoś od kobiety dowiedzieć.
- Powiedż, gdzie ostanio widziałąś ukochanego? - założyłam nogę na nogę.
- W Barze. Odpoczywaliśmy po długiej podrózy. - odwrócila się w moją stronę - Udałam się tylko do łazienki. Tyle go urzałąm.
Wygląda to na jakieś porwanie. Będę musiała porozmawiać Jake'm, aby mi pomógł. Sama mogę nie dać rady. Znów poczułam, żę zaczyna mi dolegać migena. Liczby. Równania.
- Co się dzieje? - spytała kobieta, szybko do mnie pochodząc.
- Nic takiego. Zaraz mi przejdzie. - wyjaśniłam - Mogę usłyszeć twe imię? - próbowałam zmienić temat.
- Kahlan
Kahlan? Richard? Skądś znam te imiona.... No przecież! Powieść o Mieczu Prawdy Terry'ego Goodkinda! To wszystko było dla mnie coraz dziwne. Dzwoneczek, Król Artur i Richard z tą kobietą. Gdy głowa przestała mnie boleć, bez słowa wybiegłam do Jake'a. Niestety, nie było go tam. Gdzie on do cholery się podział?
- Coś sie stało? - Kahlan dogoniła mnie.
- ZGubiłam przyjaciela. To znaczy, był tutaj, z czego pamietam.
Kobieta rozjżala się.
- Król może pomoże. - odparła.
Udałam się rezaem z nią do Króla Artura. Nie byłam dosyć przekonana, że może wiedzieć, gdzie znajduje sie Stone. Dotarlyśmy do jego tronu. Uklękłyśmy.
- Paniczu, przyjaciel tej podwładnej, zaginął. - wypowiedziała te słowa ze spuszczoną łową.
- Kahlan, ta owo kobieta, jest tylko gościem. Zrobię wszystko aby jej przyjaciel został odnaleziony.
- Nie! - krzyknęłam, wyprostowując się.
Zauważylam, że wzyscy zczęłi się na mnie dziwinie patrzeć. Co ty wyprawiasz, Cassandro? Spowrotem uklękłam.
- To znaczy.... Chciałabym sama go odszukać, Panie. - popawiłam się,
Uslyszałam, że król wstał i chyba podszedł do mnie.
- Zgoda. Będzie tobie towarzyszyła Spowiedniczka.
- Kim jest spowiedniczka? - spytała, i od razu miałąm ochotę walnąć sie w czoło.
- To ja nią jestem. - Kahlan spojrzała się na mnie - Obie zdołamy odnaleść przyjaciela, jak i ja swojego Ukochanego. - uśmiechnęła się.
Nie wiem dlaczego, ale miałam pewne wątpliwości. Król Artur pozwolił nam wstać i udać sie do swoich pikoi, aby przygotować sie do podóży. Nie miałam co pakować, gdyż pojawiłam się w tym miejscu bez żadnej torby,więc byłam już gotowa. Kobieta miała ze sobą nie wielką torbę. Pewnie jakieś jedzenie i picie. Wyszłyśmy z zamku i udaliśmy sięku lasu, a w zzasadzie szliśmy nie wąską ścieżką w nim. 


*** Ezekiel ***

- W czym mogę pomóc? - odezwała się średnia kobieta, która stanęła w drzwiach. 
- Możemy skorzystać z telefonu? - udałem głupka. 
- A co to takiego? - zszokowała się. 
Spojrzałem się na Baird,która również okazała zdziwienie. 
- On chciał spytać, czy możemy skorzystać z toalety? 
Kobieta nas wypuściła. Widziałem, że Strażniczka chciała mnie zabić. Korytarz ciutke się ciągnął. Trochę czasu minęło, za nim ją znaleźliśmy. 
- Skorzystamy z niej razem czy osobno? - spytałem z radością. 
Baird spiorunowała mnie. Wyjęła swoją komórkę i chyba chciała gdzieś zadzwonić. Szybko ją schowała, gdyż okazało się, że nie ma tutaj zasięgu.
- Za momencik podam herbatę. Napijecie się ze mną? - kobieta powiedziala do nas, po zapukaniu w drzwi od łazienki.
- Z miłą chęcią. - odpowiedziałem, po czym Strażniczka szturchnęła mnie w katkę piersiową.
Kiebieta chyba odeszła i szybciutko udaliśmy się spowrotem do głównego holu. Sufit był naprawdę wysoko. Weszliśmy do kolejnego pomieszczenia, gdzie ta kobieta niosła tacę z herbatami. Zaniosła je prosto na stół.
- Zapraszam. 
Usiedliśmy przy stole. 
- Kim Pani jest? - spytałem, podnosząc filiżankę. 
- Mówcie mi Devill. - puściła uśmieszek. 
Dziwne imię. Po skończonej herbacie, udaliśmy się za nią do innego pomieszczenia. Było ciemne. Devill zapaliła światło i pomieszczenie przypominało sypialnię 
To pewnie tutaj śpi. 
- To wasz wspólny pokój. Mam nadzieję, że wam odpowiada. - a jednak się myliłem. 
- Nie zagościmy tu długo. - odparła Strażniczka. 
Kobieta zostawiła nas samych. 
- Nie wydaje ci się, że ma dziwne, a jakże przerażające imię? - spytałem Baird. 
- Odrobinę. Na pewno nic nam nie zrobi. Jutro i tak znikamy stąd. - położyła się na łóżku - Lepiej się już kładz do spania.- zazamknęła oczy. 
- Gdzie? Obok ciebie? - podszedłem. 
- A wolisz spać na podłodze? 
Udałem się do swojej części łóżka i położyłem się na nim. Bylem cały coś odwrócony do Strażniczki plecami. 

czwartek, 22 stycznia 2015

Rozdział Drugi

*** Jacob ***

Poruszyłem swoimi powiekami. Po chwili zorientowałem się, że leżę na zielonej trawie. Podniosłem się. Prawie nie czułem swoich pleców. Moment... Gdzie jest te lustro, przez które przeszedłem wraz z Cassandrą. Cassandra.... On nie. Gdzie ona jest? Rozglądałem się w około i nie było widać po niej śladu.
- No nareszcie się ocknąłeś. - odwróciłem się i zobaczyłem ją zajadającą się jakimś owocem.
Podszedłem do niej i chciałem ją przytulić, Nie zrobiłem tego. Podała mi ten sam owoc, który jadła. Nie wyglądał na apetycznego, ale skosztowałem, gdyż przez tą podróż zaczął mnie boleć żołądek. Mmmm. Nawet nawet.
- Wiesz, gdzie się znajdujemy? - zapytałem, przeżuwając jedzenie.
- Chciałabym to wiedzieć. - odpowiedziała powolnym ruchem.
Szliśmy w przed siebie. Nic, prócz samych drzew, kwiatów, trawy, po prostu sama zieleń. Nagle, naszym oczom, ukazała się piaskowa droga. Może nas gdzieś zaprowadzi. Stanęliśmy przy niej i zapytałem Cassandrę w którą stronę powinniśmy się udać. Zaczęła bardzo głęboko myśleć.
- W lewo. - odparła, wskazując palcem.
Poszliśmy w lewo. Droga się ciągła, ciągła i ciągła. Szkoda, że nie miałem przy sobie zegarka. ale miałem telefon. Wyjąłem go z kieszeni i spojrzałem na ekran. Oczywiście było brak zasięgu, lecz od razu wyskoczył mi napis "Słaba Bateria", po czym od razu się wyłączył. Świetnie. Schowałem go do z powrotem.
- Zgubiliście się? - zaczepił nas żółty, świecący motyl, który właśnie latam na przeciwko naszych twarzy.
- Nie. - odparłem.
- Tak. - szybko po mnie powiedziała z uśmiechem Cassandra. Spojrzałem na nią dziwnie - Czy znajdziemy gdzieś tutaj jakiś budynek?
- W mieście jest dużo budynków.
- Musimy z kimś porozmawiać.
- Z kimś ważnym?
- Tak.
Motyl trochę się zarumienił. Nie wiem dlaczego.
- To chodźcie za mną. Zaprowadzę was.
- Dobrze motylu. - powiedziałem z radością.
Po chwili, za czołem żałować tego co powiedziałem. Motyl stanął na chwilę i szybko podleciał do mojej twarzy.
- Czy ja dla ciebie wyglądam na motyla, głupcze?! - wydarł się.
Zrobiłem duże oczy. Przez moment, spojrzałem na Cassandrę.
- Tak. Trochę.
-Dla twojej olbrzymiej głowy, nie jestem żadnym kolorowym motyle,m który zaśmieca mój dom! - mał na mnie palcami - Jestem wróżka. Zwą mnie Dzwoneczek. - dodała już spokojnym tone,
Dzwoneczek? Coś mi to mówi, tylko nie mogę sobie teraz przypomnieć. Szliśmy za nim, to znaczy za nią. Droga też się tak cały czas ciągnęła i ciągnęła. W końcu, widzieliśmy już miasto. Nie wiem jak ono się zwie, gdyż pierwszy raz widzę na oczy.
- Oglądałeś Piotrusia Pana? - spytała szeptem Cassandra.
- Tak w połowie. Dalszą część przespałem, a czemu pytasz?
- Tam był własnie Dzwoneczek.
Czyżby urwała się z tej bajki Disney'a? Nie wierzę. W mieście ludzie wyglądali dziwnie. Przypominali trochę bezdomnych.
- To tutaj. - wskazał Dzwoneczek na duży budynek - Tam znajdziecie władce tego miasta.
- O kurde.... - wypowiedziała Cassandra, po zobaczeniu budynku.
O cholera. Czy mi się wydaje, czy ten budynek nie przypomina zamku Camelot?


*** Eve ***

Ałła! Moje plecy.... Prawie ich nie czułam. Podniosłam się i wyczepałam swoje ubranie z piasku. Piasek? Gdzie my do cholery jesteśmy? Zwróciłam swój wzrok na Ezekiel'a. Leżał plecami do góry. Podeszłam do niego i szybko podniosłam na równe nogi.
- Gdzie my jesteśmy? - spytał, gdy się rozglądał wokoło.
- Sama chciałabym to wiedzieć. - po chwili zorientowałam się , że nie ma z nami jednej osoby - Gdzie Flynn?
Również zaczęłam się rozglądać. Tylko piasek, woda i ciemność. Co pamiętam było przecież popołudnie. 
- Baird... - wypowiedział Ezekiel trochę nie pewnie.
Jego wzrok był skupiony na zawieszce, która zawsze była przypięta do marynarki Flynn'a. O nie.... Podeszłam i chwyciłam ją. Coś mu się stało. Zaczęłam myśleć.
- Co robisz?
- Nie widać? Myślę. Też powinieneś spróbować.
- Myślę tylko wtedy, gdy chcę ukraść albo cenny wazon lub dzieło sztuki. - puścił uśmieszek, po czym rozszerzył swoje źrenice - Czy to jest krew? Tam za tobą?
Odwróciłam napięcie. Faktycznie. Coś tam było. Podeszłam, po czym schyliłam się, aby wziąć trochę tej mazi na swoje palce, po czym, powąchałam. To zdecydowanie jest krew. Musimy iść za śladami.
- Idziemy panie Jones. - rozkazałam.
- Po co? Tu jest dobrze. - położył się na piasku.
- To nie są wakacje! - krzyknęłam i wzięłam go za ubrania, ciągnąc po piasku.
Krzyczał, po czym słyszałam, że machał nogami. Stanęłam na chwilę, by mógł się podnieść. Znaleźliśmy jakąś dziurę w górze. Weszliśmy do niej. Tunel był ciemny i niemal długi jak niekończący się korytarz. Musimy znaleźć jakaś pochodnię. Problem polegał na tym, że nie było tutaj żadnych drzew, a piasku nie da się zapalić. Pięknie.
- Musimy iść na oślep. - powiedział Ezekiel, który szedł prostu.
- Czy ja mam cię gonić po tej ciemności? - krzyknęłam.
- Po prostu idź cały czas za mną i chwyć mnie za rękę.
No chyba śni. Chociaż.... Nie chcę się zgubić w tym miejscu. Podeszłam do Jones'a i chwyciłam jego dłoń. Szłam za nim.Zwróciłam uwagę, że tam były same zakręty. Dobrze, że nie walnęłam się głową o ścianę. Po chwili, zobaczyliśmy światło. Zaczęliśmy biec. Przed nami, znów pojawiło się świeże powietrze, lecz tym razem nie było piasku, tylko zieleń. Zdziwiło mnie to, że nie było tutaj żadnych drzew, tylko trawa. Szukaliśmy jakieś ścieżki, która by nas poprowadziła do jakiegoś miejsca. Nagle, naszym oczom ukazał się duży budynek. Nie oczywiście jak Biały Dom,
- Chcesz tam wejść? - spytałam Ezekiel'a, który kierował się w tamten kierunek.
- Nie. - odparł - Zamierzam się włamać.
- Że co? Czy ty do reszty oszalałeś?
Kiwnął przecząco głową podeszłam do niego. zmierzaliśmy razem aż pod same drzwi. Przez chwilę spojrzeliśmy na siebie. Rozkazałam mu rozbroić zamek, chociaż wolałabym najpierw zapukać. Może ktoś tam być.
- Czekaj! - powiedziałam po krótkiej chwili, po czym Jones spojrzał na mnie - Spróbuję najpierw zapukać. Jak nikt nie otworzy tych drzwi, to się włamiemy, Jasne?
Zgodził się. Hym, nie miał innego wyjścia. Umieściłam swoją dłoń przy drzwiach ku górze, zawinięte w kamień. Zapukałam, po czym czekaliśmy. Minęła minuta - nic. Minęły trzy minuty - nic. Minęło  pięć minut - nic. Ezekiel schylił się do zamka i zaczął coś w nim kombinować. Nagle, drzwi się otworzyły a my oboje staliśmy jak pomniki, bez ruchu i prawie bez powietrza w płucach.

wtorek, 20 stycznia 2015

Rozdział Pierwszy

*** Cassandra ***

Byłam gotowa. Nie potrafiłam walczyć, ale byłam gotowa na klęskę. Grupa ludzi szła juz w moją stronę. Co ja plote. Nie tylko moją. Jacob Stone mal przy sobie sztylet, który znalazł w Chorwacji. Nie rozumiem, dlaczego tak po prostu ktoś pozostawił go na stole w opuszczonym, starym domu. Był również Ezekiel Jones - zwykły złodziej. No może przesadziłam. Dzięki niemu udało nam się wyjść z więzienia, gdyż policja oskarżyła nas za okradanie sklepu spożywczego. Tłumaczyliśmy, że to nie my. Chcieliśmy im tylko pomóc. Chyba dziwnie to zabrzmiało...
- Gotowi? - upewniał się Jacob. 
Z Ezekiel'em kiwnęliśmy głowami. Ludzie już zaczęli biec. Gdy się na nas rzucili, to walczyliśmy z całych swoich  sił. Jake machał sztyletem w lewo i w prawo, nasz złodziej tylko robił uniki, mimo, że miał przy sobie metalowe kubki na herbatę czy inne napoje. A ja? Chciałam uciec jak najdalej stąd, lecz wiedziałam, że nie mogę tak postąpić. Użyłam swoich sił fizycznych. Zaczęłam ich kopać. Jeden koleś dostał prosto w jaja. Auć.
- Odchodzimy. -  mówi jeden z nich. 
Wszyscy zaczęli się rozchodzić. Patrzeliśmy na siebie zdziwieni. Nie tego się spodziewaliśmy. Z jednej strony nawet i dobrze. Nie potrzebnie chcieli nam odebrać ostatnie jedzenie. Zaczęłam czuć już głód w żołądku.
- Co powiecie na nie zdrowe małe co nieco? -  zaproponowałam. 
Chłopaki nie mieli nic przeciwko. Niedaleko znajdowała się kawiarnia. Weszliśmy, aby zamówić jedzenie. Sprzedawca wyskoczył z niezłą ceną. Nawet nie byłam pewna, czy taką posiadamy. Weszliśmy swoje portfele, aby przeliczyć drobniaki. Akurat. Daliśmy swoje ostatnie pieniądze sprzedawcy, po czym usiedliśmy na wolnych trzech miejscach koło siebie.
- Znów mnie dręczył ten koszmar.  - wypuścił te zdanie z ust Jake, by przerwać tą ciszę. 
Od długiego czasu. Bardziej od dwóch tygodni, dręczy go sen w którym walczymy wszyscy z jakimś mitologicznym potworem i niestety nas zabija. Rozumiem taki sen z dwa razy pod rząd, ale aż z czternaście? 
-A piłeś tą herbatę, co tobie poleciła ta kobieta z Francji? - spytałam. 
-Nie będę się truć. - odparł. 
Kelnerka przyniosła właśnie nasze zamówienie. Z jednej strony, sądziłam, że będzie to jakiś hamburger, a nie mały hot-dog. Zaczęliśmy jeść. Chociaż i tak dobrze, że to było jakieś jedzenie. Przy sobie mieliśmy tylko parę owoców. No dobra, dwa jabłka.
- Dawno nic nie ukradłem. - rozmyślał głośno Ezekiel.
- I tym lepiej. - wyprostowałam jego myślenie.
Ciesze się, że nic już nie kradnie. Ostatnio zrobił to gdy chcieliśmy się dostać do Rzymu. Nie chcieli nas przepuścić. Do dzisiaj nie rozumiem dlaczego. Zjedliśmy. Szykowaliśmy się już do wyjścia. Jeszcze szybciutko skorzystaliśmy z toalety. Fajnie, że na dworze nie padał deszcz. Nie mieliśmy ze sobą żadnego parasola. W pewnym momencie, zauważyłam, że jakiś mężczyzna się na nas dziwnie gapi. Wyglądał, jakby chciał nas z czegoś okraść. No i się nie myliłam. Wstał z ziemi i szybkim krokiem szedł w naszą stronę. Zaproponowałam chłopakom, abyśmy pobiegli, Nie mieli nic przeciwko. Biegliśmy z całych sił. Mężczyzna też przyśpieszył swój krok. Biegł jak my. O kurde,.... Nie wiem z czego miałby nas okraść, skoro nie mamy zbytnio cennych rzeczy. Weszliśmy do pewnego sklepu. Na szczęście drzwi były otwarte, W środku trzymaliśmy ciałami owe drzwi, by nas nie dopadł ten mężczyzna. Przez moment była cisza. Chyba odszedł.
- Ludziska..... - zaczął nie pewnie Ezekiel.
- Co jest? - spytał go Jake.
Nie dostał odpowiedzi. Czym on może być taki zszokowany, że nie może odpowiadać? Odwróciliśmy się i po prostu zamarliśmy. O kurde, Czy ja śnię, czy to się dzieje na prawdę? Znajdowaliśmy się nie w sklepie, lecz dużym pomieszczeniu, przypominającym bibliotekę. No niezupełnie całą ją, lecz tylko Aneks. Ostatnio tu byliśmy całe pół roku temu. Pamiętam jakby to było dziś. Flynn Carsen znalazł bibliotekę, gdyż w tajemniczych okolicznościach zniknęła i znaleźliśmy się w pomieszczeniu, przypominającym Aneks u Janeks'a. Nagle, usłyszeliśmy pośpiewanie. Kobiece śpiewki. Po chwili, przy drzwiach stanęła znana nam kobieta o złotych włosach. Była to strażniczka Baird. Gdy spojrzała na nas, lekko podskoczyła.
- Co wy tutaj robicie? - spytała zszokowana, po czym podeszła do nas.
- Ukryliśmy się przed złodziejem i znaleźliśmy się tutaj. - odparłam.
Baird podeszła do nas i o dziwo nas obięłą. Wdać, że się za nami stęskniła. Coś się jej musiało stać. Nie była taka jak dobrze sięgam pamięcią.
- Eve potrzebuję twojej pomocy! - krzyknął również znajomy mi głos, lecz męski.
Do środka wszedł Flynn Carsen, który dopiero po chwili, okazał swoje zdziwienie. - Co wy tutaj robicie? Skąd wiedzieliście, że my tutaj jesteśmy? - zapytał, podchodząc do nas.
- Nie wiedzieliśmy. - powiedział szybko Jake.
- Uciekaliśmy przed złodziejem. - dodał Ezekiel.
- Nie słychane. - wymamrotał.
Przechadzał się po Aneksie i wyglądał, jakby właśnie myślał. My tylko się na niego gapiliśmy, oprócz Baird, która do niego podeszła i chwyciła go za rękę. Wyglądało mi się to bardzo podejrzanie.
- Coś się stało? - spytała go.
- Nie. Nie, nie, nie. - nie wyglądało to raczej na szczerą odpowiedź, po czym odwrócił się do nas - Czy otworzyliście ponownie drzwi, gdy weszliście?
Spojrzeliśmy się w trójkę na siebie. Kiwnęliśmy przecząco głowami. Odwróciliśmy się i Jake otworzył drzwi. Już nie było to samo miejsce co przedtem. Widzieliśmy właśnie bibliotekę. Tą samą, co, wtedy, gdy przybyliśmy tutaj po raz pierwszy. Na ten widok, pojawił się uśmiech na mojej twarzy. Wbiegłam. Ta sama biblioteka. Ta sama.  Cały czas rozglądałam się po pomieszczeniu. Zauważyłam, że Ezekiel udaje się do Aneksu, Tego prawdziwego, który jest tutaj. Z Jake'em pobiegliśmy za nim. Nic się nie zmieniła.
- Widzę, że nie możecie się napatrzeć. - powiedziała Baird - Nie wiem czy dobrze zrobiłam. - te słowa powiedziała bardziej do siebie niż do nas.
- Co takiego? - spytałam, patrząc się na nią.
Baird zaczęła kręcić oczyma. wzięła głębokie wdechy i w końcu to z siebie wykrztusiła.
- Flynn.... Flynn mi się oświadczył.
- Że co? - zszokowałam się. Pewnie nie tylko i ja.
- Od kiedy jesteście razem? - spytał Jake, zaplatając swoje ręce na piersi.
Strażniczka lekko się zarumieniła.
- Odkąd wy odeszliście. A oświadczyny nastąpiły miesiąc temu... - przewracała oczyma.
- Przyjęłaś? - dopytywałam.
Nie chciałam być wścibska, ale chciałam wiedzieć.
- Nie do końca. - zaczęła się przechadzać po pomieszczeniu - Powiedziałam Flynn'owi, że nie, ale w sercu gra mi co innego.
- Eve, potrzebuję pomocy!
- Już idę! - odkrzyknęła Flynn'owi, zostawiając nas samych.
Z uśmiechem na ustach, podeszłam do lustra. Nagle, zaczęła mnie boleć głowa. Zamknęłam oczy i przed sobą zobaczyłam liczby, kwadraty oraz wzory. Zaczęłam liczyć.
- Cassandro? - zaniepokoił się Jake, po czym podszedł do mnie.
Czułam, że nogi mi się uginają. Zsuwałam się na ziemię, Poczułam ciepłe dłonie na swojej talii.
- Czuję.... czuję śniadanie... - wyszeptałam, pod czas liczenia.
- Cassie, wszystko dobrze? - spytał.
- Tak. Jest dobrze. - odparłam, spoglądając na niego.
Lustro, które było przed nami, dziwnie zaczęło świecić. Oślepiało nas oboje.


*** Ezekiel ***

O ja ciebie... Nie dowierzałem w to co się właśnie stało. Cassandra Cillian i Jake Strone zniknęli. Przeszli przez lustro. Muszę o tym powiedzieć Baird i Flynn'owi Carsen'owi. Wyszedłem pośpiesznie z Aneksu w poszukiwaniu Bibliotekarza i Strażniczki.
- Dobrze że cię widzę. Zawołaj resztę. - powiedział Flynn, gdy go spotkałem po drodze.
- To będzie trudne. - odparłem. Spojrzał na mnie pytająco, oczekując mojej odpowiedzi - Nie ma ich.
- Jak to? Do łazienek się udali?- gdybał.
Szedłem w stronę Baird, Flynn za mną. Na miejscu oparłem się o biurko Bibliotekarza. Baird spojrzała się dziwnie i też pytająco.
- Cassandra liczyła w pamięci , po czym upadła, więc podszedł do niej Jacob... - urwałem na moment. To będzie najdziwniejsza część jaką wypowiem ze swoich ust. Nie mam chyba innego wyjsćia. Chyba,,,, eh,,, raczej - Lustro, które tam stoi, zaczęło świecić i je wchłonęło.
Oboje patrzeli się na mnie dziwnie, po czym wybuchli głośnym śmiechem. Czy jestem śmieszny?
- Weszli przez lustro. ale to dobre! - nabijał się Bibliotekarz.
Strażniczka, również się śmiała, lecz gdy zobaczyła mają smutną i jakże przerażoną twarz, z poważniała.
- O cholera... - wyszeptała, lekko słyszalnym głosem, po czym szturchnęła Flynn'a - On nie żartuje.
Bibliotekarz przestał się również śmiać. Zrobił duże oczy i pobiegł w stronę biblioteki, a tym bardzie lustra. My za nim. Oglądał lustro uważnie, okrążając je z dwadzieścia razy. Macał jej, wąchał (to było dziwne), przy czym drapał się po brodzie.
- Niesamowite. - wypowiedział będą w fazie myślenia - Na pewno tobie chodzi o te lustro, Ezekielu?
- A jakże inaczej. - nie wiem skąd znam te słowa - Da się ich jakoś stamtąd wyciągnąć? - spytałem.
Nic nie odpowiedział. Pośpiesznie udał się do pólek z książkami i widocznie szukał jakieś książki. Po długiej (bardzo długiej) chwili, znalazł pewną, dosyć grubą książkę. Szperał kartkę po kartce.
- Mam! - krzyknął. - Dziękuję ci! - powiedział do budynku, po czym udał się z powrotem do Aneksu.
Szliśmy z Baird za nim, jak zwykle. 
- Jednemu z nas musi się coś stać. Powiedzmy, że czujemy się po prostu źle, osłabieni.
Mailem rażenie, że nie rozumiałem ani jednego słowa co mówi.
- Jones, mdlej. - powiedziała do mnie Baird.
- Ja? Dlaczego ja? - protestowałem - Jestem specem od kradzieży, a nie od udawania choroby. - odparłem.
- To ja to zrobię. - powiedziała i podeszła do lustra.
Bardzo długo się mu przyglądała. W pewnej chwili, jej powieki zaczęły drgać. Flynn podszedł do niej. Spojrzał na mnie i kazał mi również podejść. Musiałem tak zrobić. Przez chwilę, poczułem straszny ból w lewym ramieniu. Był prawie nie do wytrzymania, lecz nie dałem tego po sobie poznać. Przed naszymi oczyma, lustro zaczęło świecić. Niemal tak samo, przed zniknięciem Cassandry i Jake'a. Światło było tak mocne, że aż zamknąłem swoje oczy. Teraz widziałem tylko biel. Czystą biel.

piątek, 16 stycznia 2015

Prolog

Była już ciemna noc. Publiczna biblioteka w Nowym Jorku również już świeciła ciemnościami i pustkami. W pewnym momencie, główne drzwi zostały otwarte. Do środka wszedł pewien nieznajomy człowiek, który był ubrany cały na czarno. Nawet twarz miał zasłoniętą. Jak na bibliotekę, powinny się włączyć alarmy. On zrobił to tak cicho, że nawet muchy by nie było słychać. Podszedł do windy, którą zjechał całkiem na dół. Czy to było -362 piętro? Chyba tak. Mężczyzna znalazł się w kolejnej części biblioteki. Te same półki oraz książki, co na górze. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Wygląda jakby czegoś miał szukać. Szedł prosto, po czym skręcił w prawo do prawie oszklonych drzwi. Wszedł. Pomieszczenie było okrągłe i znajdowały się tam same papiery. "To za pewne archiwum." pomyślał. Jego oczom rzuciło się lustro. Uśmiechnął się na jego widok. "Tak!" znów pomyślał. Wyjął telefon i wystukał słowa na telefonie: "Znalazłem je. Chodźcie!". Kilka minut potem, przyszła dwójka również podobnych do niego mężczyzn. Nie byli sami. Przywieźli ze sobą coś dużego, co było zakryte czarną szmatą. Lider grupy zdjął ją. Znalazło się tam lustro. Takie samo na które właśnie się wpatrywał. Mężczyźni wzięli tamte lustro, przykrywając szmatem i postawili w jego miejsce nowe. Wszyscy mieli zadowolone miny.  Udali się do windy z ukradzionym lustrem, po czym wyszli z Miejskiej Biblioteki. Jeden z nich zamknął je tak samo, jak tutaj wszedł, nie zostawiając żadnych śladów po sobie. Mężczyźni zapakowali lustro do ciężarówki i odjechali.