poniedziałek, 9 marca 2015

Rozdział Trzeci

*** Cassandra ***

Po zapukaniu przez Jake'a drzwi, otworzył nam pewnien mężćzyzna. Był dosyć dziwnie ubrany. Jakbyśmy przenieśli się do jakieś starożytnej epoki.
- Czegoś wyscie chcą? - zapytał.
- Cześć. Chcielibyśmy po rozmawiać z właścicielem tego miasta. O ile można tak je nazwać. - powiedział Jake.
Mężczyzna gapił się na nas, jakby nie wierzył. Po chwili wpóścił nas. Bydynek w środku też był ogromny. Szliśmy schodami na górę, potem skręciliśmy w lewo, gdzie znajdował sie długi korytarz. Na ścianach wisiały obrazy. To chyba ten władca. Mężczyzna zapukał do pewnych drzwi i spytał czy my możemy tam wejść. Zgodził się. Dzwi się otworzyły. Od razu przywitał nas czerwony, długi dywan. Trochę sie czułąm jak jakaś wielka gwiazda filmowa. Spojrzałąm na Stone'a, po czym podeszlismy do siedzącej na przeciwko nas osoby.
- Ukłonić się pzed królem, przybysze. - rozkazłą nam żołnież. Zrobiliśmy tak - Co was sporwadza do Króla Artura, przybysze? - dodał.
Króla Artura? Przecież on nie żyje. Tak mi się wręcz wydawało, aż do teraz.
- Paniczu, chcielibyśmy się dowiedzieć czegoś na temat tego miasta. Chyba się trochę zgubiliśmy.
- Tutaj wszyscy raczą się gubić. Nic zwykłego. - odparł.
Chyba nie tak mnie zrozumiał. Spróbowałam jeszcze raz, lecz nieco inaczej.
- Paniczu, nazywamy się Cassandra i Jacob. Nie mamy się gdzie podziać. Czy był byś tak łąskaw i nas ugościł? - nie wiem czy dobrze to powiedziałam.
Król spojrzał na nas zastanawiając się.Wstał i kazał nam również, po czym udaliśmy sie za Królem. Szliśmy jeszcze jedno piętro wyżej. Na samym końcu korytarza, znajdowały sie znowu drzwi, które otworzył. 
- Tu was ugoszczę moi goście. Gdy będzie cie gotowi do dorgi, wyruszycie.
- Dziękujemy. - powiedział Jake, po czym oboje weszliśmy do srodka. Na moment odwrócił się w stronę Króla Artura - Gdzie tutaj podładuję telefon komórkowy? - wlanełąm się w czoło.
- Co to telefon komórkowy? - spytał ze zdziwioną miną.
- Mój znajomy bełkocze. Dziękujęmy za wszystko, Królu. - ukłoniłam się.
Król zamknał drzwi. Miałam przez moment wudrapać Stone'owi oczy za to co powiedział. Usiedliśmy na swoich łóżkach. Po chwili, usłyszałam szlochanie. Dokładnie przez ścianę, obok mojego łóżka. Postanowiłam to sprawdzić. Opuściłam Stone' i zapukałam do drzwi obok. 
-Kto tam? - odezwał się kobiecy głos.
Bylam w czasach Arturiańskich, wiec musiałam brzmieć jak w średniowieczu. 
-Przyjaciel. - odparłam. 
Kobieta chyba podeszła do drzwi, gdyż sięone ootworzyły. Jej wzrok był skupiony na mnie. Nie byłam ubrana tak jak ona,w długą, białą suknię. Nie była oczywiście ona ślubna. Kobieta wypuściła mnie do środka. 
- Co się stało, żesz wylewasz łzy? 
- Nie mogę odnaleźć swojego ukochanego. - znów płakała.
- Mogę tobie pomóc. - dotknęłam ją za dłoń. 
- To nie jest takie proste. - wstała - Wydaje mi się, że został specjalnie porwany. Chciałam mu powiedzieć o Cudzie, który we mnie rośnie, ale nie widziałam go już. Oh, Richard'ie.
Kobieta przeż dłuższy czas wpatrywała się w krajobraz za oknem. Sama zieleń, woda, drzewa i kwiaty. Muszę jeszcze cegoś od kobiety dowiedzieć.
- Powiedż, gdzie ostanio widziałąś ukochanego? - założyłam nogę na nogę.
- W Barze. Odpoczywaliśmy po długiej podrózy. - odwrócila się w moją stronę - Udałam się tylko do łazienki. Tyle go urzałąm.
Wygląda to na jakieś porwanie. Będę musiała porozmawiać Jake'm, aby mi pomógł. Sama mogę nie dać rady. Znów poczułam, żę zaczyna mi dolegać migena. Liczby. Równania.
- Co się dzieje? - spytała kobieta, szybko do mnie pochodząc.
- Nic takiego. Zaraz mi przejdzie. - wyjaśniłam - Mogę usłyszeć twe imię? - próbowałam zmienić temat.
- Kahlan
Kahlan? Richard? Skądś znam te imiona.... No przecież! Powieść o Mieczu Prawdy Terry'ego Goodkinda! To wszystko było dla mnie coraz dziwne. Dzwoneczek, Król Artur i Richard z tą kobietą. Gdy głowa przestała mnie boleć, bez słowa wybiegłam do Jake'a. Niestety, nie było go tam. Gdzie on do cholery się podział?
- Coś sie stało? - Kahlan dogoniła mnie.
- ZGubiłam przyjaciela. To znaczy, był tutaj, z czego pamietam.
Kobieta rozjżala się.
- Król może pomoże. - odparła.
Udałam się rezaem z nią do Króla Artura. Nie byłam dosyć przekonana, że może wiedzieć, gdzie znajduje sie Stone. Dotarlyśmy do jego tronu. Uklękłyśmy.
- Paniczu, przyjaciel tej podwładnej, zaginął. - wypowiedziała te słowa ze spuszczoną łową.
- Kahlan, ta owo kobieta, jest tylko gościem. Zrobię wszystko aby jej przyjaciel został odnaleziony.
- Nie! - krzyknęłam, wyprostowując się.
Zauważylam, że wzyscy zczęłi się na mnie dziwinie patrzeć. Co ty wyprawiasz, Cassandro? Spowrotem uklękłam.
- To znaczy.... Chciałabym sama go odszukać, Panie. - popawiłam się,
Uslyszałam, że król wstał i chyba podszedł do mnie.
- Zgoda. Będzie tobie towarzyszyła Spowiedniczka.
- Kim jest spowiedniczka? - spytała, i od razu miałąm ochotę walnąć sie w czoło.
- To ja nią jestem. - Kahlan spojrzała się na mnie - Obie zdołamy odnaleść przyjaciela, jak i ja swojego Ukochanego. - uśmiechnęła się.
Nie wiem dlaczego, ale miałam pewne wątpliwości. Król Artur pozwolił nam wstać i udać sie do swoich pikoi, aby przygotować sie do podóży. Nie miałam co pakować, gdyż pojawiłam się w tym miejscu bez żadnej torby,więc byłam już gotowa. Kobieta miała ze sobą nie wielką torbę. Pewnie jakieś jedzenie i picie. Wyszłyśmy z zamku i udaliśmy sięku lasu, a w zzasadzie szliśmy nie wąską ścieżką w nim. 


*** Ezekiel ***

- W czym mogę pomóc? - odezwała się średnia kobieta, która stanęła w drzwiach. 
- Możemy skorzystać z telefonu? - udałem głupka. 
- A co to takiego? - zszokowała się. 
Spojrzałem się na Baird,która również okazała zdziwienie. 
- On chciał spytać, czy możemy skorzystać z toalety? 
Kobieta nas wypuściła. Widziałem, że Strażniczka chciała mnie zabić. Korytarz ciutke się ciągnął. Trochę czasu minęło, za nim ją znaleźliśmy. 
- Skorzystamy z niej razem czy osobno? - spytałem z radością. 
Baird spiorunowała mnie. Wyjęła swoją komórkę i chyba chciała gdzieś zadzwonić. Szybko ją schowała, gdyż okazało się, że nie ma tutaj zasięgu.
- Za momencik podam herbatę. Napijecie się ze mną? - kobieta powiedziala do nas, po zapukaniu w drzwi od łazienki.
- Z miłą chęcią. - odpowiedziałem, po czym Strażniczka szturchnęła mnie w katkę piersiową.
Kiebieta chyba odeszła i szybciutko udaliśmy się spowrotem do głównego holu. Sufit był naprawdę wysoko. Weszliśmy do kolejnego pomieszczenia, gdzie ta kobieta niosła tacę z herbatami. Zaniosła je prosto na stół.
- Zapraszam. 
Usiedliśmy przy stole. 
- Kim Pani jest? - spytałem, podnosząc filiżankę. 
- Mówcie mi Devill. - puściła uśmieszek. 
Dziwne imię. Po skończonej herbacie, udaliśmy się za nią do innego pomieszczenia. Było ciemne. Devill zapaliła światło i pomieszczenie przypominało sypialnię 
To pewnie tutaj śpi. 
- To wasz wspólny pokój. Mam nadzieję, że wam odpowiada. - a jednak się myliłem. 
- Nie zagościmy tu długo. - odparła Strażniczka. 
Kobieta zostawiła nas samych. 
- Nie wydaje ci się, że ma dziwne, a jakże przerażające imię? - spytałem Baird. 
- Odrobinę. Na pewno nic nam nie zrobi. Jutro i tak znikamy stąd. - położyła się na łóżku - Lepiej się już kładz do spania.- zazamknęła oczy. 
- Gdzie? Obok ciebie? - podszedłem. 
- A wolisz spać na podłodze? 
Udałem się do swojej części łóżka i położyłem się na nim. Bylem cały coś odwrócony do Strażniczki plecami.